25 września 2009
Porcupine Tree - The Incident (2009)

Steven Wilson tworzy sporo różnorodnej muzyki. Mam czasem wrażenie, że to jakby próba dla słuchaczy - specyficzny rodzaj poszerzania horyzontów wykorzystujący jedynie fakt, że Ci, którzy słuchają jego dzieł ufają mu. Każdy album wychodzący spod ręki Wilsona jest zbiorem niecodziennych eksperymentów, które zawsze są perfekcyjnie nagrane, świetnie zmasterowane i urozmaicone, dzięki czemu każdy znajdzie tam coś dla siebie. Co jednak, gdy nagle okazuje się, że najnowsze dzieło nie prezentuje się aż tak rewelacyjnie i z trudem przechodzą przez usta słowa uznania? To pytanie postawiłem sobie właśnie podczas przesłuchiwania najnowszego albumu, The Incident.
The Incident to album dwupłytowy, przy czym na pierwszej płycie znajduje się 55 minutowa "kompozycja tytułowa", podzielona na 14 części, na drugiej zaś pojawiły się 4 utwory nagrane jeszcze pod koniec 2008 r. To potężna ilość materiału, o łącznej długości godziny i 15 minut. Istniała także możliwość zdobycia edycji limitowanej, do której dołączona jest dodatkowa płyta i mnóstwo różnych gadżetów, nie wzbogaca ona jednak słuchaczy o dodatkowe utwory.
CD 1:
- The Incident
-
- Occam's Razor (1:55)
- The Blind House (5:47)
- Great Expectations (1:26)
- Kneel And Disconnect (2:03)
- Drawing The Line (4:43)
- The Incident (5:20)
- Your Unpleasant Family (1:48)
- The Yellow Windows Of The Evening Train (2:00)
- Time Flies (11:40)
- Degree Zero Of Liberty (1:45)
- Octane Twisted (5:03)
- The Séance (2:39)
- Circle Of Manias (2:18)
- I Drive The Hearse (6:41)
CD 2:
- Flicker (3:42)
- Bonnie The Cat (5:45)
- Black Dahlia (3:40)
- Remember Me Lover (7:28)
Warto zacząć od płyty pierwszej, gdyż to właśnie ta jest kluczowa dla albumu. Mamy na niej 14 połączonych ze sobą tematycznie części, które, przynajmniej na początku, nie wydawały się w żaden sposób powiązane oprócz powracających motywów i w miarę płynnym przechodzeniu kawałków. Mówiąc o 55-minutowej "tytułowej kompozycji", prawdopodobnie każdy ma przed oczami... 55-minutową tytułową kompozycję - tutaj jednak wyrażenie to niekoniecznie pasuje do zaprezentowanej treści. Faktem jest, że nawet Steven Wilson rozumie to jako cykl utworów o wspólnej tematyce (News na Roadrunner Poland, drugi akapit), co sensownie broni koncepcji, ale ciężko odnieść to do słabo rozwiniętych fragmentów (czego przykładem jest "Great Expectations" i "Circle of Manias") oraz nieciekawych przerywników (jak "Occam's Razor" czy utrzymane w podobnym stylu "Degree Zero Of Liberty"). Już o wiele solidniej byłoby skorzystać ze sprawdzonej metody zrobienia niewielu dłuższych kawałków, a już na pewno dłuższych niż 2 i pół minuty.
Na uwagę zasługują na pewno te odrobinę dłuższe części, takie jak "Drawing The Line", "Octane Twisted" wraz z bliźniaczym "Seance", a także "I Drive The Hearse", które w dobrym stylu kończy ten krążek. Niestety, te 55 minut pozostawia po sobie sporo niedosytu, który zanika dopiero po naprawdę wielu przesłuchaniach.
Jest jeszcze druga płyta. O wiele krótsza, bo trwa tylko 20 minut, ja jednak odnalazłem na niej coś naprawdę wartego odsłuchania. Ze zdziwieniem zauważam, że warte odsłuchania jest na niej... wszystko. "Flicker", "Bonnie The Cat", "Remember Me Lover", a także trochę mniej interesujący "Black Dahlia", wszystkie te utwory prezentują się wyjątkowo korzystnie w świetle pierwszej płyty. Jedyną ich szczególną wadą jest mała ilość ;)
Nie jestem w stanie ujrzeć na tym albumie geniuszu, jakim obdarowywał swoje poprzednie płyty Steven Wilson. Kolejne przesłuchania przyzwyczajają ucho do tych złych momentów, czyniąc je znośnymi, niestety jednak te dobre wcale się nie polepszają, by zatrzeć pierwsze wrażenie. Dwudziestominutowy krążek dodatkowy prezentuje lepiej niż planowane magnum opus, a pomysły wyglądają na niedopracowane i aż za nadto uproszczone. Może to wszystko przez zbyt wysokie oczekiwania? Być może, ale Wilson jest jedną z tych osób, której bez problemu powinno się udać osiągnięcie niemożliwego. Dla mnie ten eksperyment się nie powiódł - z nadzieją czekam jednak na następne.
Przeczytaj recenzję Markolfa, praktycznie przeciwną do powyższej! ;)